Ruchy antyszczepionkowe

Anatomia strachu

11.07.2013

Marcin Rotkiewicz

Medycyna Praktyczna Szczepienia 2013/02

SPECJALNIE dla Medycyny Praktycznej Szczepienia Marcin Rotkiewicz
Tygodnik „Polityka”

Autor jest dziennikarzem naukowym, od 2001 roku pracuje w tygodniku „Polityka”; absolwent dziennikarstwa i filozofii na Uniwersytecie Warszawskim; w latach 2008 i 2009 stypendysta Massachusetts Institute of Technology w Bostonie w Stanach Zjednoczonych. W ubiegłym roku otrzymał wyróżnienie w konkursie Stowarzyszenia Dziennikarzy Naukowych na najlepszy tekst popularnonaukowy w polskiej prasie w 2012 r. za artykuł pt. „Zastrzyk strachu” („Tygodnik Polityka” 31/2012) poświęcony antyszczepionkowej histerii.

Od ponad 15 lat zajmuję się, jako dziennikarz, popularyzowaniem nauki. Jednym z najbardziej zaskakujących aspektów mojej pracy – choć może raczej należałoby napisać: frustrujących – jest obserwowanie pewnego zjawiska. Otóż spora część społeczeństwa (nie tylko w naszym kraju) odrzuca osiągnięcia nauki i techniki przynoszące nieporównanie więcej korzyści niż zagrożeń.

Głośnym w ostatnich latach przykładem tego fenomenu jest stosunek ludzi do nowych odmian roślin uprawnych uzyskiwanych metodami inżynierii genetycznej (słynne GMO). Można do tego również dodać sceptycyzm opinii publicznej wobec energetyki jądrowej, szczególnie zaskakujący w kontekście problemu globalnego ocieplenia. Ale nawet tak, zdawałoby się, niewinne, drobne i praktyczne wynalazki, jak substancja o nazwie aspartam – czyli sztuczny słodzik stosowany zamiast cukru – potrafią wywołać sporą falę społecznego sprzeciwu. Jednak chyba najbardziej spektakularny przykład stanowi rosnący opór wobec szczepionek przeciwko chorobom zakaźnym, stanowiących jedno z największych osiągnięć w historii medycyny.

Nasuwające się od razu pytanie brzmi: jak w takim razie przedstawiciele świata nauki i lekarze praktycy powinni trafiać z racjonalnym przekazem do społeczeństwa, by zahamować, a najlepiej odwrócić niebezpieczną tendencję niechęci do szczepień? Żeby na nie odpowiedzieć, najpierw trzeba prześledzić mechanizmy, które doprowadziły do powstania antyszczepionkowej fali.

Zacznę jednak od uwagi, że opór wobec szczepionek nie jest zjawiskiem nowym. Pierwsze wzmianki na ten temat można znaleźć już w materiałach źródłowych z XVIII wieku. Zaś jedna z największych fal protestów przetoczyła się przez Europę i Stany Zjednoczone w XIX wieku. Jej spektakularnym przejawem była potężna manifestacja w 1885 roku w Wielkiej Brytanii, gdy około 100 000 ludzi wyszło na ulice Leicester. Protestujący nieśli transparenty z antyszczepionkowymi sloganami, trumnę dziecka oraz spalili kukłę Edwarda Jennera, odkrywcy szczepionki przeciwko ospie prawdziwej.1 Dziś mamy więc do czynienia nie z nowym zjawiskiem, ale kolejną antyszczepionkową falą. Nowa jest tylko rzeczywistość informacyjna, w której żyjemy – przestają dominować tradycyjne media, a coraz większą rolę odgrywa Internet. Do tego wątku jeszcze wrócę w dalszej części tekstu.

Przejdźmy zatem do mechanizmów, które w ostatnich trzech dekadach doprowadziły do odrzucenia przez wielu ludzi szczepionek. Najczęściej w tym kontekście wskazywanym winowajcą są media. To przede wszystkim goniący za sensacją dziennikarze, nieposiadający odpowiedniego merytorycznego przygotowania i naginający oraz selekcjonujący fakty pod atrakcyjnie brzmiącą tezę (czyli grającą na emocjach, szczególnie lęku) mają być odpowiedzialni za antyszczepionkową panikę. Zanim jednak zajmę się koleżankami i kolegami po fachu, chciałbym wskazać dwie inne grupy aktorów antyszczepionkowego spektaklu. Wprawdzie schowanych w cieniu żurnalistów, ale w rzeczywistości ogrywających równie ważne role.

Pierwszą są… sami naukowcy. Można długo dyskutować, co dało impuls obecnie wzbierającej antyszczepionkowej fali, jednak wielu komentatorów wskazuje na pewne konkretne zdarzenie – konferencję prasową, która odbyła się 26 lutego 1998 r. w londyńskim Royal Free Hospital. Wystąpił na niej dr Andrew Wakefield, mało znany wówczas brytyjski chirurg specjalizujący się w chorobach układu pokarmowego. Poinformował on dziennikarzy, że istnieje uzasadnione podejrzenie związku między potrójnie skojarzoną szczepionką przeciwko odrze, śwince i różyczce (MMR) a autyzmem. Jakiego? Wakefield twierdził, iż przewlekłe nieswoiste zapalenie jelita grubego u dzieci współwystępuje z autyzmem. A obydwie choroby miałby wywoływać wirus odry, także ten atenuowany zawarty w szczepionce MMR. Konferencja prasowa dr. Wakefielda była zapowiedzią jego artykułu naukowego, który został dwa dni później opublikowany przez prestiżowe czasopismo medyczne „The Lancet”. Autorytet tego periodyku był jedną z przyczyn nagłośnienia w mediach owej kontrowersyjnej publikacji. Od tamtej pory dr Wakefield – do którego historii też jeszcze w niniejszym tekście powrócę – stał się ikoną ruchów antyszczepionkowych.

W Polsce przeciwnicy szczepień zyskali zaś wsparcie autorytetu naukowego w osobie prof. dr hab. Marii Doroty Majewskiej, neurobiolożki o imponującym CV (m.in. pobyt na Uniwersytecie Harvarda). Kilka lat temu do instytucji państwowych i dziennikarzy zaczęły przychodzić jej listy oskarżające szczepionki o wywoływanie autyzmu, ADHD i innych zaburzeń ośrodkowego układu nerwowego. Winowajcą miał być przede wszystkim słynny tiomersal – związek etylortęci stosowany jako konserwant w niektórych szczepionkach (aktualnie w Polsce jest tylko w szczepionce DTPw produkcji Biomed Kraków i jej prostszych pochodnych [DT, Td, T] – przyp. red.).

Autorytet profesora, praca (wówczas) w prestiżowym Instytucie Psychiatrii i Neurologii w Warszawie, badania prowadzone nad wpływem tiomersalu na laboratoryjne gryzonie, sprawiły, że dla wielu niespecjalistów – w tym niektórych dziennikarzy – twierdzenia prof. Majewskiej stały się wiarygodne. Oto fragment wpisu dotyczącego słynnego listu prof. Majewskiej z 2009 roku skierowanego m.in. do Polskiego Towarzystwa Wakcynologii: „Ja wywiesiłam ten artykuł na tablicy ogłoszeń na klatce schodowej, mówię wszystkim znajomym o zagrożeniu szczepionkami, wysyłam linki do artykułu i do listu prof. Majewskiej do moich krewnych i znajomych. Wydrukowałam już wiele egzemplarzy listu i artykułu, wczoraj wzięłam ze sobą na spacer z maluchami i porozdawałam wszystkim znajomym mamom, a także dałam pani ze sklepu, panu z kiosku, no gdzie popadnie. Wrzuciłam też do skrzynki na listy wyżej wymieniony komplet kobiecie z klatki, która niedawno urodziła dziecko”.

Można to wszystko podsumować następująco: niektórzy naukowcy ogromnie przyczyniają się do rozbudzania społecznych lęków i analizując problem ruchów antyszczepionkowych nie można pominąć wpływu ich działań.

Kolejnym aktorem na antyszczepionkowej scenie są organizacje powołane przez niespecjalistów, a najczęściej rodziców dzieci, u których wystąpiły niepożądane odczyny poszczepienne (NOP) lub podanie szczepionki korelowało w czasie z pojawieniem się wyraźnych objawów (np. autyzmu). Jeśli w organizacjach czy ruchach tego typu znajdą się ludzie „medialni”, sukces w propagowaniu antyszczepionkowych haseł staje się niemal gwarantowany.

Najlepszym tego przykładem jest Amerykanka Jenny McCarthy – była modelka „Playboya”, prezenterka MTV, aktorka i matka autystycznego chłopca. Kilka lat temu zaczęła prowadzić w Stanach Zjednoczonych szeroko zakrojoną kampanię przeciw szczepieniom (przez pewien czas razem ze swoim ówczesnym partnerem, znanym komikiem i aktorem Jimem Carreyem) – m.in. gorąco propagując tezy dr. Andrew Wakefielda, do którego książki napisała przedmowę.

W 2007 roku McCarthy wydała własną książkę pt. „Louder Than Words: A Mother’s Journey in Healing Autism”.2 W trakcie jej promocji została zaproszona do najpopularniejszego telewizyjnego talk show w Ameryce Północnej prowadzonego przez Ophrę Winfrey (uważaną za najbardziej wpływową kobietę w Stanach Zjednoczonych). W trakcie tego programu padło m.in. pytanie, skąd McCarthy czerpie specjalistyczną wiedzę na temat zgubnego wpływu szczepionek na zdrowie dzieci, choć sama lekarzem ani naukowcem nie jest. Odpowiedziała na nie następująco: „swój tytuł zdobyłam na uniwersytecie Google’a” (czyli posiadam wiedzę wyłącznie z Internetu), a poza tym „kieruję się instynktem matki”. McCarty jest jedną z tych osób, które mają największy wkład w wywołanie antyszczepionkowej paniki za oceanem i straszenie rodziców hasłami: jeśli pozwolicie zaaplikować zastrzyki waszemu dziecku, może ono zachorować na autyzm.

Oczywiście zarówno naukowcy, tacy jak dr Wakefield czy prof. Majewska, czy też celebryci, jak Jenny McCarthy, nie dotarliby ze swoim przesłaniem do tak szerokiej publiczności, gdyby nie media. Co więcej, można spotkać się z tezą – tak uważa np. prof. Paul Offit (pediatra, immunolog i wakcynolog z University of Pennsylvania)3 – że to wcale nie sprawa MMR i Wakefielda wywołała trwającą do dziś falę antyszczepionkowej histerii. Kamieniem, który poruszył lawinę, miał być film dokumentalny z 1982 roku zatytułowany „DPT: Vaccine Roulette” („DPT: szczepionkowa ruletka”). Zrealizowała go dla waszyngtońskiego oddziału telewizji NBC reporterka Lea Thompson. Negatywnym bohaterem filmu jest szczepionka Di-Per-Te przeciwko błonicy, krztuścowi i tężcowi (z całokomórkowym komponentem krztuścowym [DTPw]). Thompson oskarżyła ten preparat o powodowanie m.in. poważnych uszkodzeń neurologicznych (głośna sprawa hipotetycznego związku z encefalopatią poszczepienną – przyp. red.). Na widzów filmu szczególnie silnie działały obrazy rodziców opowiadających o tym, jak okropnie chorowały ich dzieci po zaszczepieniu, a także sekwencje, w których płaczące maluchy, trzymane w ramionach przerażonych rodziców, otrzymują zastrzyki, a wszystko to okraszone informacjami, że „medyczny establishment” na siłę promuje niebezpieczną szczepionkę, choć tak naprawdę nie jest ona potrzebna.

Kolejny słynny dziennikarski materiał antyszczepionkowy, to książka pt. „Evidence of Harm – Mercury in Vaccines and the Autism Epidemic: A Medical Controversy” wydana w 2005 roku przez Davida Kirby’ego, współpracownika m.in. gazety „The New York Times”.4 Autor tej bardzo tendencyjnej publikacji stara się wykazać, głównie poprzez odpowiedni dobór rozmówców i informacji, że tiomersal jest odpowiedzialny za epidemię autyzmu w Stanach Zjednoczonych i innych krajach, gdzie prowadzi się masowe szczepienia.

W Polsce prof. Majewska nie znalazła wprawdzie wielu propagatorów wśród dziennikarzy, aczkolwiek była zapraszana do programów telewizyjnych na równych prawach z ekspertami od szczepień. I to jest chyba najbardziej szkodliwy element działania polskich mediów – widz nie ma szans uzyskać informacji, że np. prof. Majewska reprezentuje zdecydowaną mniejszość środowiska naukowego i głosi tezy sprzeczne z obecną wiedzą naukową.

Najbardziej kuriozalnym przykładem tego typu postępowania były dwie dyskusje w TVP Info (w 2009 i 2011 r.), w trakcie których po jednej stronie posadzono utytułowanego eksperta ds. szczepień, a po drugiej dr. Jerzego Jaśkowskiego przedstawianego jako „specjalista ds. rynku medycznego”, a w rzeczywistości reprezentującego nieznany bliżej Franciszkański Ruch Ekologiczny, Charytatywny i Historyczny. Twierdził on m.in., że koncerny farmaceutyczne specjalnie wszczepiły zdechłym ptakom w Polsce wirusa grypy i nie były to jedyne ekstrawaganckie poglądy wygłoszone na wizji przez dr. Jaśkowskiego. Tymczasem w Internecie można znaleźć informacje, że pan ten uważa teorię ewolucji za wymysł Żydów (rozpropagowali ją, wykupując książkę Karola Darwina, bo żona tegoż była córką Marksa), upatruje mordercze działanie fluoru zawartego w pastach do zębów, oskarża mleko UHT o rozpuszczanie kości, a łodzie podwodne o niszczenie czap lodowych na biegunach. Przede wszystkim zaś dr Jaśkowski nie jest żadnym ekspertem od szczepień czy epidemiologii reprezentującym jakąkolwiek poważną instytucję naukową.

Mimo to dr Jaśkowski toczył spór na równych zasadach z poważnymi ekspertami, a na końcu programu dziennikarka TVP Info podsumowała dyskusję następująco: „wnioski widzowie będą musieli wyciągnąć sami, bo, jak widać, eksperci w sprawie bezpieczeństwa szczepionek nie są zgodni”. Dlaczego nikt z publicznej telewizji nie zweryfikował, kto jest zapraszany na wizję?

Można jednak przytoczyć również fakty na obronę dziennikarzy. Jednym z nich jest sprawa dr. Andrew Wakefielda. W maju 2010 roku Brytyjska Komisji Medyczna uznała go winnym nieuczciwości, nieetycznego postępowania i poddawania dzieci nieuzasadnionym, inwazyjnym badaniom klinicznym. Dlatego dr Wakefield został usunięty z rejestru lekarzy. Stało się tak za sprawą jednego z najdłuższych śledztw w historii dziennikarstwa, przeprowadzonego przez znanego w Anglii reportera Briana Deera z „Sunday Times”. Wykazał on, że dr Wakefield fałszował wyniki badań, a postępował tak m.in., licząc prawdopodobnie na zarobek (p. Artykuł Wakefielda wiążący szczepionkę MMR z autyzmem był oszustwemJak spreparowano dowody przeciwko szczepionce MMR). Dogadał się bowiem z firmami mającymi produkować zestawy diagnostyczne do wykrywania choroby jelit rzekomo wywoływanej przez wirusa oraz alternatywne wobec MMR szczepionki. W 2010 roku „The Lancet” oficjalnie wycofał słynną publikację dr. Wakefielda sprzed 12 lat.

Mimo to jest ona nadal bohaterem wielu ruchów antyszczepionkowych, a cała afera stanowi dla nich kolejny dowód spisku koncernów farmaceutycznych, polityków i mediów. Tak np. twierdziła niedawno prof. Majewska w polemice z moim tekstem pt. „Zastrzyk strachu”,5 która została opublikowana na stronie internetowej tygodnika „Polityka” (http://www.polityka.pl/nauka/zdrowie/1529867,1,szczepionkowa-polemika.read). Natomiast sam dr Wakefield wyemigrował do Stanów Zjednoczonych, gdzie opublikował książkę, w której kreuje się na ofiarę i nadal oskarża szczepionkę MMR o wywoływanie autyzmu6 (to właśnie nią opatrzyła wstępem Jenny McCarthy).

Drugi pozytywny przykład to książka amerykańskiego dziennikarza Setha Mnookina pt. „The Panic Virus”,7 opisująca i analizująca niezwykle wnikliwie najnowszą falę antyszczepionkowej histerii. Za oceanem została uznana za jedną z najważniejszych publikacji ostatnich lat, a niektórzy komentatorzy twierdzili wręcz, że powinna stać się obowiązkową lekturą dla studentów medycyny.

Tyle że tradycyjne media, a więc również ludzie tacy jak Brian Deer czy Seth Moonkin, w dobie Internetu tracą na znaczeniu. Problemem staje się to, że tysiące stron internetowych powiela niesprawdzone lub wyssane z palca informacje podlane spiskowym sosem. A ludzie coraz chętniej szukają w Internecie aktualnych wiadomości. Oto przykład: w 1987 roku około 75% Amerykanów czerpało wiedzę z wieczornych telewizyjnych programów informacyjnych emitowanych w czołowych stacjach, takich jak ABC, NBC czy CBS. Dziś robi to jedynie 30%, a reszta wybiera głównie Internet.

Oto, co na temat powielania m.in. w globalnej sieci różnych bzdur mówiła na łamach „Gazety Wyborczej” prof. Krystyna Skarżyńska, psycholog społeczny: „Powtarzanie informacji, pewnych zbitek zdań, sloganów – nawet takich, które na początku wydają się odbiorcom całkowicie pozbawione sensu, bezzasadne – sprawia, że stają się one coraz bardziej wiarygodne. (…) Wzrost przekonań o wiarygodności wielokrotnie powtarzanych zdań – zwany w psychologii efektem czystej ekspozycji – wykazano w ponad 50 publikowanych badaniach naukowych, prowadzonych w różnych miejscach świata. (…) Zjawisko czystej ekspozycji jest szczególnie silne, gdy dotyczy spraw, o których niewiele wiemy i o których nie mamy wystarczająco dużo innych informacji.”

Wreszcie ostatni element, który warto wskazać w dyskusji o mechanizmach powstawania takich formacji, jak ruchy antyszczepionkowe, to wyznawana ideologia. Trudno krótko i precyzyjnie ją opisać, ale jest to mieszanina teorii spiskowych (czyli głównie przekonania, że większość polityków i naukowców skorumpowały koncerny farmaceutyczne świadomie szkodzące ludziom) połączona z wiarą, że wszystko, co naturalne, jest zdrowe, a stworzone dzięki nauce i technice przez człowieka, sztuczne i niebezpieczne. W skrócie można cały ten prąd myślowy opisać jako niechęć i podejrzliwość wobec nauki i technologii. Niektórzy nazywają to zjawisko neoluddyzmem, nawiązując do ruchów z początku XIX w. sprzeciwiających się rewolucji przemysłowej w Wielkiej Brytanii i niszczących maszyny tkackie.

Szczepionki, według tej ideologii, byłby zatem „nienaturalną” ingerencją, bo dzieci powinny różne choroby przejść „naturalnie”, czyli samodzielnie wytworzyć odporność na wirusy czy bakterie. Stąd np. niebezpieczne zjawisko dziecięcych „ospa party” – pomysłu, który dotarł do Polski ze Stanów Zjednoczonych. Rodzice dziecka chorego na ospę wietrzną urządzają przyjęcie, na które ich znajomi przyprowadzają swoje pociechy. Na takim „party” zarażają się one chorobą i uodparniają na nią, dzięki czemu nie trzeba ich szczepić. Rodzice przesyłają też sobie lizaki polizane przez dziecko zarażone ospą wietrzną. A wszystko to odbywa się w przekonaniu, że owa choroba jest lekka i przebycie jej w młodym wieku nie niesie ze sobą większego ryzyka.

Czas najwyższy przejść do pytania, czy tej niebezpiecznej ofensywie nieracjonalnych i groźnych dla zdrowia mód oraz ideologii można się skutecznie przeciwstawić? Co mają robić lekarze stykający się np. ze zjawiskiem „ospa party” lub odmową podania dziecku szczepionki? Dla niektórych ludzi wiara w „naturalność” i sprzeciw wobec osiągnięć cywilizacji naukowo-technicznej stanowi parareligię. Przekonanie ich może się więc okazać niezwykle trudne, jeśli w ogóle możliwe. Natomiast wiele osób nie wyznaje tej religii, ale podąża za modami propagowanymi, np. przez celebrytów, takich jak wspomniana Jenny McCarthy w Stanach Zjednoczonych czy Reni Jusis, słynna ekomama w Polsce.

Nie odkryję zapewne Ameryki, pisząc, jak ważna w tym kontekście jest rozmowa z pacjentem i spokojne przekonywanie go. Jednak nie na zasadzie: jestem autorytetem, więc – drogi pacjencie – powinieneś mnie słuchać, wykonywać polecenia i nie zadawać zbędnych (a już na pewno głupich) pytań. Dlatego lekarz powinien być uzbrojony w cierpliwość i racjonalne argumenty, odwoływać się do wyników badań i raportów instytucji, takich jak zalecenia uznanych towarzystw naukowych czy WHO. Tłumaczyć również, jaki jest rzeczywisty bilans skutków chorób, przeciwko którym są dostępne szczepionki, w porównaniu z ryzykiem niepożądanych odczynów poszczepiennych (NOP). A przede wszystkim rozumieć lęki rodziców – dla nich nawet niewielkie zagrożenie zdrowia dziecka może być źródłem ogromnego strachu i wywoływać reakcję unikania, czyli – na wszelki wypadek – rezygnację ze szczepienia. Dlatego tak istotna byłaby edukacja lekarzy rodzinnych i niektórych wąskich specjalistów, wśród których wiedza na temat szczepień bywa niedostateczna. Można nawet znaleźć (nie tak znów mało) osoby wykonujące zawód lekarza, które same zarażają pacjentów antyszczepionkową paniką, ponieważ ulegli propagandzie albo nie mają wiedzy czy chęci (lub jednego i drugiego), by spokojnie i obszernie tłumaczyć pacjentowi zalety szczepień.

W naszych czasach jednym z najpopularniejszych lekarzy jest dr Google, dlatego instytucje i organizacje działające na rzecz szczepień muszą doceniać tę sferę społecznej komunikacji. Zwykły Kowalski powinien zatem bez problemu móc trafić na strony internetowe, które wytłumaczą mu przystępnie, jakie korzyści i jakie zagrożenia niosą ze sobą szczepionki, rozprawią się z najbardziej rozpowszechnionymi mitami i nieprawdziwymi informacjami. W mojej ocenie nie da się tego zrobić po amatorsku – dlatego tworzenie takich stron powinno odbywać się przy współpracy specjalistów ze świata medycyny, mediów i komunikacji społecznej.

Nie można też nie odpowiedzieć na wystąpienie czy publikacje osób podpierających się autorytetem własnych tytułów naukowych lub instytucji badawczych, w których pracują. Ma to ogromne znaczenie dla przedstawicieli mediów, którzy sami nie są w stanie zweryfikować twierdzeń np. prof. Majewskiej, ale mogą ulec jej autorytetowi. Specjaliści powinni również odmawiać występowania publicznego z pseudoekspertami, jak wspomniany w tekście dr Jaśkowski, gdyż zderzenia z demagogią nie wygrają, natomiast tylko uwiarygodnią tego typu osoby. Odmowa udziału w programie telewizyjnym powinna jednak zostać dokładnie uzasadniona – innymi słowy, dziennikarz powinien otrzymać wyczerpującą informację, dlaczego zaproponowany przez telewizję czy radio adwersarz nie jest żadnym ekspertem ani osobą, z którą można racjonalnie polemizować.

Warto również pamiętać, że tego typu debaty telewizyjne nie są seminariami naukowymi, więc eksperci powinni docierać do publiczności z jasnym przekazem. A przede wszystkim być świetnie przygotowani do zderzenia z zarzutami ruchów antyszczepionkowych – czyli bardzo dobrze znać argumenty i techniki manipulacji, którymi one się posługują. Niestety, często obserwowałem, jak świetny ekspert wikła się w naukowe czy medyczne szczegóły, niezrozumiałe dla większości widzów.

I ostatnia obserwacja – jednym z trafiających na bardzo podatny grunt argumentów jest zarzut skorumpowania środowiska lekarskiego przez koncerny farmaceutyczne. W tym kontekście pojawia się bardzo często pejoratywne sformułowanie „proszczepionkowe lobby”. Dlatego tak ważna jest dbałość o przejrzystość i kwestia konfliktu interesów.

Sam byłem świadkiem wystąpień ekspertów na konferencjach medycznych, którzy na każdym slajdzie mieli umieszczony znaczek firmy farmaceutycznej produkującej lek, o którym mówili. Przy czym nigdzie w programie konferencji nie zaznaczono, że wystąpienie danego prelegenta jest sponsorowane. Jest to ogromnie ważne nie tylko ze względów etycznych, ale również wizerunkowych w świecie zdominowanym przez PR (public relations). Jedno dobre ujęcie takiej sytuacji przez kamerę telewizyjną może bowiem podważyć wiarygodność najlepszego eksperta, całej konferencji czy wręcz metody leczenia.

Piśmiennictwo:
1. Dr Ewa Krawczyk: Historia ruchu antyszczepionkowego. w: „Zdrowie. Przewodnik Krytyki Politycznej”. Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa, 2012
2. Jenny McCarthy: Louder Than Words: A Mother’s Journey in Healing Autism. Plume, 2008
3. Paul Offit: Deadly Choices: How the Anti-Vaccine Movement Threatens Us All. Basic Books, 2010
4. David Kirby: Evidence of Harm: Mercury in Vaccines and the Autism Epidemic: A Medical Controversy. St. Martin’s Griffin, 2006
5. Tygodnik „Polityka”, 2012; 31: 27–29
6. Andrew Wakefield: Callous Disregard: Autism and Vaccines: The Truth Behind a Tragedy. Skyhorse Publishing, 2010

Komentowanie zamknięte.